pro-cycling.org
Reflektor Bossa: Mazurek Dombrowskiego
napisał: Krzysztof Suchomski (2012-06-20 22:06:01).

---------------------------------------------------------------------

Reflektor Bossa omiata wiązką światła imprezę znaną pod nickiem EURO 2012, bo kolarstwo kolarstwem, a narodowemu szaleństwu i tak nie sposób się oprzeć. Zanim rozległ się pierwszy gwizdek zdążyliśmy stoczyć dwie święte wojny (nic dziwnego, że potem zmęczeni polegliśmy w najsłabszej grupie). Pierwsza o Orła Na Piersi i druga o Czystość Narodową Reprezentacji. Ta druga o tyle wzbudziła zdziwienie Reflektora, że mieliśmy już precedensy w postaci choćby Afropolaka Olisadebe i jakoś wtedy nikt barykad wokół niego nie budował, a żaden były bramkarz nie odgrywał Wandy Co Nie Chciała Niemca.

Globalizacja, mocium panie. Świat jest globalną wioską, wszyscy sąsiadami wszystkich, a jak twierdzą genetycy, to nawet jesteśmy globalnie spokrewnieni. Nie tylko ze sobą, ale i z całym katalogiem tego „co pełza i skacze po polach i lasach”. Do tych ostatnich krewnych RB się wprawdzie nie przyznaje (ostatecznie na spadek nie ma co liczyć), ale kwestie rygorystycznie pojmowanej czystości narodowej reprezentantów uznaje jednak za anachronizm. No i nie sposób nie zauważyć było, że w kolejnej krucjacie, znanej jako "Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną", najwięcej zdrowia na murawie zostawili ci pogardliwie określani mianem „farbowanych lisów”: Perquis i Polanski.

W kolarstwie (koniec wycieczki na inne podwórka, wracamy do domu) nie obowiązują podobne do futbolowych ograniczenia, że jak już zagrałeś w jednej (dorosłej) koszuli, to sklep z konfekcją zamkną ci przed nosem. W naszej branży drzwi do sklepu otwarte, a przymierzalnia czynna 24 godziny na dobę. Weżmy takiego Hausslera o pięknym i zasłużonym germańskim imieniu Heinrich (germańska tradycja każe wymawiać to krótko i głośno, przyjmując postawę zasadniczą). Przez ćwierć wieku był Niemcem (czysty typ aryjski, natürlich), a potem się okazało, że jednakowoż przyszedł na świat wyskoczywszy z torby i jest bardziej australijski niż Krokodyl Dundee.

Reflektor Bossa postanowił poświecić tu i tam, by (zanim działacze partii rowerowo – narodowej rzucą mu się do kabli) wspomóc panów Skarula i Wadeckiego na wypadek, gdyby ci zechcieli udać się w ślady Franza Co Z Grupy Nie Wyszedł i podążyć „na lisy”. Pan Skarul z wiaderkiem białej farby, pan Wadecki z wiaderkiem czerwonej. A może na odwrót.

Najbliżej do sąsiadów. Ziomków ze wschodu nie wzrusza jakoś refren "widziałem orła cień" - wolą na piersi logo Gazpromu czy Łukoila. Kasa z gazu albo ropy jest konkretna, a z orła? Cień kasy, a i to w porywach.

U zachodnich sąsiadów klimat dla kolarskiej reprezentacji nieszczególny i kranik raczej dokręcony. A jeździ tam niejaki Ciolek, którego przodkowie, ani chybi, Ciołkami byli. Warto zagadać, bo rasowego sprintera to nam brakuje, oj, jak brakuje. Może zna parę słów po polsku? Może choć zakląć po naszemu potrafi, jak Eugen P.? No, a gdyby takie kryterium zastosować, to mamy też poważne podstawy, by polski paszport wystawić Saganowi. A może któraś z nadobnych panien znad Wisły poświęci się dla Narodowej Sprawy i usidli Słowaka? A ten urodę i krzepę ma w końcu nie od macochy, więc umówmy się, byłyby i dla Złożonej W Ofierze pozytywne strony wspomnianego poświęcenia.

Miał potem RB nadzieję upolować coś we Francji, krainie pięknych kolarskich tradycji i byłych cyklistów sarmackiego pochodzenia, ale prześwietlając trójkolorowy peleton, więcej dostrzegł nazwisk sugerujących apetyt na kuskus niż na schabowego. Choć nigdy nie można być pewnym – w końcu Perquis kiedyś też bardziej amatorem ślimaków się wydawał, a teraz zagryza bigos makowcem. Jak to pozory mylą. Może ktoś z tamtejszych dzielnych kolarzy miał polską babcię? To by nawet wiele tłumaczyło. Nasze geny! Dzielni jak diabli i niczego nie potrafią doprowadzić do końca.

Niestety RB nie mógł tej teorii sprawdzić. Francuski IPN odmówił mu wglądu do teczek osobowych babć znad Sekwany. Możliwe, że zawiniła tu kiepska francuszczyzna RB i ten coś pokręcił w podaniu złożonym drogą elektroniczną, bo przysłano mu akta francuskich agentów wywiadu w Indochinach za lata 1945 – 1980. Zajmują dwa pokoje i pół korytarza. Jest co czytać, nawet ciekawe miejscami, ale o rowerach niewiele.

Z tropieniem lisów lepiej poszło za oceanem. W USA zawodników z końcówką „sky” w nazwisku jest tylu, że starczyłoby na parę Sky Teamów. Zauważył tam RB fantastycznie utalentowanego Josepha Dombrowskiego, którego (jeśli wcześniej nie umrze na anoreksję) niechybnie czeka w górach wielka kolarska przygoda.

Jaki tam Joseph? Toż to nasz Józku od Dombrowskich, kumo. Trza mu tylko o korzeniach przypomnieć i papiery wystawić. I na wszelki wypadek, niech się chudzinka przeżegnać nauczy. Bo Mazurka pewnikiem zna. Z takim nazwiskiem…


Krzysztof Suchomski